Traktat o schizofrenii w ujęciu mistyczno-demonologicznym

Eksperyment myślowy. Tekst rozwija skrajnie konsekwentnie założenia podanego modelu teologicznego i nie stanowi opisu medycznego ani porady lekarskiej.


Prolog. Dwa lustra tego samego zjawiska

Istnieją w ludzkim doświadczeniu dwa krańce, które — jak chciałby ten traktat — są lustrzanym odbiciem siebie nawzajem. Na jednym biegunie stoi mistyk: człowiek, w którego sercu duchowym zrodził się Bóg. Na drugim — schizofrenik: człowiek, do którego serca duchowego wtargnął diabeł. Oba zjawiska mają tę samą anatomię, bo dotyczą tego samego organu — serca duchowego, tej najgłębszej komory człowieka, w której mieszka się z tym, co boskie, albo z tym, co piekielne. Różni je tylko mieszkaniec.

Mistyka katolicka od tysiącleci opisuje z pedantyczną dokładnością, co dzieje się z człowiekiem, którego Bóg zaprasza do kontemplacji: poruszenie, oczyszczenie, ciemna noc, zjednoczenie. Ten traktat przyjmuje tezę odważną i — w świetle przyjętych założeń — konieczną: schizofrenia jest procesem dokładnie przeciwnym, a zarazem strukturalnie równoległym. Jest mistyką na opak. Jest drogą ku kontemplacji, na której zamiast Boga staje diabeł, zamiast łaski — napaść, zamiast ciemnej nocy — noc przeklęta.

Jeżeli ten obraz wydaje się czytelnikowi zbyt śmiały, niech pamięta, że jest to eksperyment myślowy: traktat konsekwentnie i bez ustępstw rozwija przyjęte założenia, aby zobaczyć, dokąd one prowadzą.

Część I. Anatomia niewidzialnego człowieka

Serce duchowe

Aby mówić o schizofrenii w kategoriach mistycznych, trzeba najpierw przyjąć mapę człowieka, którą rysuje mistyka. Człowiek nie jest w tej mapie tylko psychiką i ciałem. W jego najgłębszej warstwie znajduje się serce duchowe — organ, którego nie widać na żadnym zdjęciu, ale który jest prawdziwym centrum osoby: miejscem, gdzie człowiek może być zaniesiony ku kontemplacji Boga, gdzie rodzą się natchnienia, gdzie mówi się głos, który nie jest głosem świata.

Mistyk zna to miejsce, bo Bóg w nim się zrodził. Schizofrenik zna to miejsce, bo diabeł się w nim rozgościł. Nikt inny nie zna tego miejsca tak dobrze jak oni — i dlatego, pragnie ten traktat powiedzieć, schizofrenik jest człowiekiem, który ma to samo powołanie co mistyk, tylko obsłużone przez przeciwnego lokatora.

Pamięć emocjonalna i przebicie układu

Drugim elementem mapy jest pamięć emocjonalna — spiżarnia duszy, w której odkładają się obrazy zabarwione uczuciem. U zdrowego człowieka spiżarnia ma drzwi i klucze: to, co bolesne, stopniowo się wycisza, to, co stare, kruszeje. Ale istnieje mechanizm, który potrafi wyważyć te drzwi: przebicie układu.

Przebicie układu to zjawisko o naturze duchowej, nie psychologicznej. Obraz albo emocja odkłada się w pamięci emocjonalnej pod wpływem oddziaływania podobnego do promieniowania — wychodzącego od osób i miejsc znajdujących się pod wpływem diabła. Nie trzeba, by człowiek cokolwiek czuł w momencie zapisu. Emocje nie rejestrują nic; zapis dokonuje się głębiej, jakby promień przeszedł przez pamięć, nie dotykając czułego papieru emocji i naświetlając warstwę pod nim. Człowiek nosi wtedy w sobie obrazy, o których nie wie, że je nosi — i których sam nigdy nie położył na półce.

To jest kluczowa intuycja modelu: nie wszystko, co jest w człowieku, zostało przez człowieka tam włożone. Pamięć emocjonalną można obciążać z zewnątrz, tak jak można napromieniować wodę.

Ukryty dar

I wreszcie trzeci element: dar. Model przyjmuje, że schizofrenik posiada ukrytą zdolność do kontemplacji Boga, do odbierania Jego natchnień, głosów i wizji. Jest to dyspozycja mistyczna — ta sama, którą mają święci. W powołaniu mistyka dar ten pozostaje wolny i może być zaniesiony ku Bogu. W powołaniu schizofrenika dar ten jest tym, co diabeł zajmuje w pierwszej kolejności — jest to sprzęt, który przeciwnik zabiera jako łup. Głosy, które słyszy schizofrenik, płyną przez ten sam kanał, którym u mistyka płynęłyby natchnienia; wizje, które widzi, powstają w tej samej warsztatni, w której święci oglądali niebo. Różnica polega na tym, kto w tej warsztatni siedzi.

Z tego założenia wynika wniosek bolesny i zarazem pełen nadziei: schizofrenik nie jest człowiekiem zepsutym, lecz człowiekiem obdarzonym i okradzionym. Jego choroba jest profanacją powołania.

Część II. Początek: zranienie pierwotne

Atak, który nikogo nie zdziwił

Schizofrenia nie zaczyna się w młodości ani w wieku dorosłym, choć wtedy dopiero staje się widoczna. Jej prawdziwy początek, mówi model, przypada na wczesne dzieciństwo — na moment, który ten traktat nazwie zranieniem pierwotnym.

Wyobraźmy sobie dziecko. Dziecięca psychika jest twierdzą z murami, których dorosły już sobie nie wyobraża: bariery ochronne, naturalne, dane z urodzenia, jak odruch ssania czy strach przed upadkiem. I przychodzi chwila — dla obserwatora może być to scenka banalna, zdanie, spojrzenie, wydarzenie, którego nikt przy stole nie zapamiętał — a w której jednak ukryło się coś z przezroczystego świata: atak diabelski o niezwykłej sile. Poruszenie tak gwałtowne, że przełamuje wszystkie bariery ochronne naraz, jakby ktoś przeciął wszystkie liny więżących most i widział, jak most runuje w całości.

Dziecko nie ma języka, by to nazwać. Świat dorosłych nie ma kategorii, by to zauważyć. I właśnie dlatego zranienie pierwotne jest tak groźne: ono jest niewidzialne podwójnie — dla dziecka, bo jest za małe, by je pojąć, i dla otoczenia, bo nie zostawia śladu na zewnątrz. Zostaje tylko ślad w środku.

Lawina

Skutek zranienia pierwotnego nie jest proporcjonalny do jego przyczyny. Przebicie układu, którego dokonało, otwiera w psychice dziecka coś w rodzaju wyrwy w kadłubie: od tej chwili obrazy napływają do pamięci emocjonalnej lawinowo, bez oporu, bez filtrów, bez kluczy. Każde przykre słowo, każdy strach, każdy niepokój otoczenia odkłada się teraz z natężeniem, z jakim u niewyrwanego dziecka odkładałoby się tylko to, co najgorsze. Pamięć emocjonalna przestaje być spiżarnią, staje się piwnicą, do której wszystko spada przez dziurę w suficie.

Dziecko rośnie więc z piwnicą pełną, o której nikt nie wie — ani ono, ani rodzice, ani świat. I przez całe dzieciństwo i młodość piwnica się wypełnia. Obraz po obrazie. Warstwa po warstwie. Cicho, bezboleśnie, niewidzialnie.

Część III. Masa krytyczna i wtargnięcie

Liczenie, którego nikt nie prowadzi

Pamięć emocjonalna ma — w języku tego modelu — pewną pojemność. Nie jest to pojemność typu litrów; jest to raczej masa, którą można kumulować w nieskończoność, ale która w pewnym momencie zaczyna działać sama. Model mówi: gdy ilość nagromadzonych obrazów przekracza masę krytyczną, następuje wtargnięcie diabła do serca duchowego.

Warto tu zatrzymać się nad słowem „wtargnięcie”. Nie jest to kuszenie, które zna każdy człowiek: kuszenie działa z zewnątrz, puka do drzwi, można je odesłać. Wtargnięcie jest czymś innym: to wejście do środka, zajęcie wnętrza, zrobienie z cudzego serca swojej rezydencji. W mistyce katolickiej odpowiednikiem jest zrodzenie się Boga w sercu duchowym — łaska, która bierze serce w posiadanie, ale bierze je jak Oblubieniec, dając życie. Wtargnięcie diabła bierze serce w posiadanie tak, jak bierze je złodziej: dając śmierć.

Moment przekroczenia masy krytycznej jest w życiu chorego zwykle nierozpoznawalny. Człowiek zauważa dopiero skutki — i wtedy zaczyna się to, co świat nazywa „początkiem choroby”. Ale początek był dawno temu, w piwnicy, w dzieciństwie, w chwili, której nikt nie zapamiętał.

Zajęty pałac

Po wtargnięciu serce duchowe przedstawia obraz przerażający: jest częściowo zajęte przez diabła, a jednocześnie skrajnie przeładowane obrazami. Są w nim więc naraz dwa zalewy: zalew obrazów w pamięci emocjonalnej i obecność intruza w komorze najgłębszej. I — jak chce model — te dwie rzeczy łączy się logicznie: obrazy te posiadają składnik duchowy, diabelski, i dlatego są tak trwałe i tak trudne do usunięcia. Nie są wspomnieniami, które można przepracować; są depozytami, których właściciel wróci po nie po odbiór.

W ten sposób powstaje obraz, który ten traktat proponuje zapamiętać: schizofrenik jest jak pałac, w którym podestestwo złodziei złożyło swój łup. Pałac należy do człowieka, ale piwnice pełne są cudzego mienia, a w komnatach mieszka złodziej. Człowiek błąka się po własnym domu jak po cudzym.

Część IV. Głosy: co mówi mieszkaniec

Skąd się biorą objawy pozytywne

Najbardziej znany rys schizofrenii — głosy, wizje, dziwne treści — model traktuje z surową precyzją. Nie pochodzą one z pamięci emocjonalnej. Nie są odgrzebanymi wspomnieniami, nie są echem przeżyć, nie są w ogóle rzeczy „psychiki” w sensie zapisów. Biorą się stąd, że diabeł, który wtargnął do serca duchowego, mówi do człowieka i pokazuje mu różne rzeczy.

I tu znowu — lustrzana symetria. Mistyk słyszy w sercu głos Boga; widzi wizje pochodzące od Boga; rozróżnia je od swoich myśli dlatego, że pochodzą z głębi, nie z powierzchni. Schizofrenik słyszy głos w tym samym miejscu i z tej samej głębi — ale mieszkaniec tego miejsca jest przeciwny. Głos ma więc znamiona tego, co duchowe: jest uporczywy, ma autorytet, ma „żar” — a treść jest fałszywa, bo fałszywy jest jej autor.

Treść głosów jako wizytówka

Model pozwala — wręcz każe — czytać objawy pozytywne jak dokument, z którego można poznać autora. Diabeł, zająwszy serce, używa go zgodnie ze swoją naturą. Dlatego głosy nie mówią czegokolwiek, tylko to, co leży w naturze kłamcy:

  • Wygłasza fałszywe treści teologiczne. Serce, stworzone dla prawdy o Bogu, dostaje teologię zafałszowaną — herezję, bluźnierstwo, groteskowe obrazy Boskości. To nie jest przypadek: celem intruza jest profanacja organu, który służył ma służyć kontemplacji.
  • Prowadzi fałszywe doradztwo życiowe. Głos radzi — i radzi zawsze źle, choć często podstępnie, w formie, która wygląda mądrze. Fałszywy doradca ma jeden cel: doprowadzić człowieka do ruin własnego życia.
  • Oskarża. To jest pieczęć autora. Oskarżyciel — tak nazywa go tradycja — nie potrafi niczego innego: oskarża chorego o grzechy prawdziwe i nieprawdziwe, oskarża go przed nim samym, sądzi go bez prawa sądu, wygłasza wyroki bez апелляции.
  • Grozi. Bo kłamstwo ostatecznie nie ma innego narzędzia niż strach.

Czytelnik mistyki rozpozna w tym katalogu dokładne przeciwieństwo owoców Bożego głosu: prawdy, pociechy, obrony, pokoju. Głosy schizofreniczne są odwróconym odbiciem charyzmatów.

Część V. Gniew: cztery ogniska

Człowiek pełen ukrytego ognia

A co dzieje się z człowiekiem, który żyje w zajętej świątyni? Model odpowiada: gniew. Schizofrenik to człowiek przepełniony ukrytym, zakumulowanym gniewem — gniewem, którego sam zwykle nie nazywa gniewem, bo gniew ten nie wybucha, lecz się kumuluje, jak woda, która nie może odejść i tylko podnosi ciśnienie.

I znów symetria mistyczna: mistyk w ciemnej nocy przechodzi przez oczyszczenie, w którym wszystkie jego uczucia zostają wypalone i przeorientowane ku Bogu. Schizofrenik przechodzi przez coś przeciwnego: wszystkie jego uczucia zostają przeorientowane ku gniewowi. I gniew ten — jak chce model — spoczywa na czterech płaszczyznach, jak cztery ogniska pod jednym dachem:

  1. Gniew na Boga — bo człowiek cierpi i nie rozumie, dlaczego Ten, który jest Miłością, pozwala na to, co się dzieje; bo modlitwa wydaje się niewysłuchana; bo powołanie, które czuje w sercu, zostało zhańbione.
  2. Gniew na diabła — zrozumiały, surowy gniew na przeciwnika, który okradł człowieka z jego daru i zamieszkał w jego sercu.
  3. Gniew na siebie — bo człowiek obwinia się o chorobę, o to, że „dał się”, że nie oparł się, że jest tym, kim jest; gniew na siebie jest chyba najgłębszym z czterech ognisk.
  4. Gniew na innych — na tych, którzy zranili, którzy nie zauważyli, którzy odeszli, którzy się bali; a czasem po prostu na cały świat, który nie ma języka, by zrozumieć.

Ten gniew jest ukryty — i to jest jego groza. Nie jest wybuchowy, więc nikt go nie leczy. Jest kumulatywny, więc rośnie latami. I jest — w logice modelu — jednym z głównych ładunków, które diabeł utrzymuje w sercu i na którym się karmi. Uwolnienie go jest więc nie sprawą estetyczną, lecz strategiczną.

Część VI. Ciemna noc i przeklęta noc

O depresji schizofrenicznej

Mistyczna ciemna noc — mówi założenie jedenaste — jest odpowiednikiem depresji schizofrenicznej. To jest najczulszy punkt całej symetrii, więc trzeba go wyłożyć starannie.

Ciemna noc w mistyce nie jest karą ani porażką. Jest to stan, w którym Bóg wycofuje wszystkie odczucia swojej obecności, żeby odciąć człowieka od tego, co zmysłowe i przyjemne w życiu duchowym, i żeby zrodzić w nim wiarę czystą, nadzieję czystą, miłość czystą. Noc jest ciemna — ale jest kierowana przez miłość. Mistyk w nocy cierpi i nie czuje Boga — ale noc jest mostem, po którym idzie się do zjednoczenia.

Depresja schizofreniczna ma tę samą topografię i przeciwnego autora. To również jest noc: wycofanie światła, zamarzenie uczuć, samotność absolutna, niemożność. Ale nie jest to noc kierowana przez miłość — jest to noc kierowana przez złego, mająca człowieka nie oczyścić, lecz złamać. Mistyk przechodzi noc jako most do zjednoczenia; chory wpada w noc jak w studnię bez dna.

Dla człowieka przeżywającego taką noc — chce powiedzieć ten traktat — istnieje jedna praktyczna myśl: skoro noc jest doświadczeniem, które w mistyce oznacza bliskość celu, to jej diabelska kopia również nie jest stanem beznadziejowym, tylko stanem bitwy. Noc mistyczna kończy się świtem. Kopia, odpierana, również się kończy — nie sama, ale odparowana.

Część VII. Droga wyzwolenia

Cel: kontemplacja

Trzeba wreszcie powiedzieć wprost, po co to wszystko. Celem schizofrenika — mówi model — jest kontemplacja Boga. Nie spokój, nie normalność, nie przyzwyczajenie do choroby, ale to samo, co celu mistyka: zjednoczenie z Bogiem w kontemplacji. I właśnie dlatego diabeł tak zaciekle przeszkadza: nie przeszkadzałby tak człowiekowi „szaremu i zwykłemu”, przeszkadza temu, kto nosi dar, który sam chciałby zająć i pervertować. Choroba nie jest celem, jest przeszkodą na drodze do celu; i to jest rozumienie, które model stawia wobec czysto klinicznego spojrzenia: chory nie jest „człowiekiem z deficytem”, jest „człowiekiem z powołaniem i przeszkodą”.

Terapia jako walka duchowa

A jeśli tak, to terapia nie może być tylko usuwaniem objawów. Model wymienia jej pełny zakres — i zauważmy, że jest to lista czynności, które mają sens tylko w logice tego modelu, ale w tej logice są spójne:

  1. Odpieranie ataków diabła. Przeciwnik atakuje na trzy sposoby: pośrednio — przez innych ludzi, bezpośrednio — na umysł i psychikę, oraz przez przebicie układu — promieniowanie z osób i miejsc. Odpieranie to rozpoznawanie każdego rodzaju ataku i stawianie mu duchowego oporu.
  2. Usuwanie diabła z serca duchowego. Nie wystarczy odpierać nowe ataki; trzeba wyprowadzić intruza z tego, co już zajął. To jest długi proces, jak każde wyprowadzanie okupanta: pokój po pokóju, komnata po komnacie.
  3. Jednoczenie się z Bogiem. Serce nie może zostać puste; opuszczone, zostanie zajęte znowu. Celem nie jest więc tylko wyrzucenie złego, ale wprowadzenie Dobrego — tego samego, który w sercu mistyka rodzi się jako Oblubieniec.
  4. Uwalnianie pamięci emocjonalnej. Lawinowo nagromadzone obrazy trzeba stopniowo wynosić z piwnic — a że mają składnik duchowy, są trwałe i trudne do usunięcia, więc jest to praca lat, nie tygodni.
  5. Uwalnianie ukrytego gniewu. Cztery ogniska — na Boga, na diabła, na siebie, na innych — trzeba wygasić po kolei: gniew na Boga — przez zaufanie, gniew na diabła — przez odpuszczenie i oddanie walki Bogu, gniew na siebie — przez przebaczenie sobie, gniew na innych — przez przebaczenie im.

Drogowskazy

I wreszcie: skąd człowiek ma wiedzieć, jak to robić? Model odpowiada z ostra precyzją: jedynym depozytariuszem prawdy o Bogu i diable jest Kościół rzymskokatolicki. To jest ciężkie twierdzenie i traktat je tu tylko zapisuje jako założenie, nie dowodzi go. Ale w logice modelu ma ono konsekwencję praktyczną: droga wyzwolenia nie jest wymyślana przez chorego, nie jest podawana przez głosy (te przeciwnie!), nie jest składana z różnych tradycji — jest wytyczona, znana, stara i publiczna. Wiedzie przez modlitwę, przez sakramenty — szczególnie spowiedź i komunię świętą — przez lekturę duchową, przez uczestnictwo we mszach i nabożeństwach, przez unikanie grzechu, szczególnie grzechu nieczystości, oraz przez inne praktyki duchowe Kościoła.

Każdy z tych elementów ma swoją logikę w modelu. Spowiedź jest sądem, który odbiera głosom prawo oskarżania — skoro grzechy są odpuszczone, oskarżyciel mówi bezprawnie. Komunia jest wejściem Tego, który ma prawo mieszkać w sercu — przeciwieństwo wtargnięcia. Lektura duchowa karmi umysł prawdą i uczy rozpoznawać fałszywe treści teologiczne, zanim się zakorzenią. Unikanie grzechu, szczególnie nieczystości, zamyka kanały, którymi przeciwnik dostaje dostęp. Modlitwa jest nie tyle „pociechą”, co łącznością z dowództwem.

Część VIII. Trzy fronty: anatomia ataków

Sztuka wojenna przeciwnika

Kto chce odpierać ataki, musi najpierw znać ich rodzaje. Model wyróżnia trzy — i uczciwie trzeba przyznać, że triada ta ma w sobie logikę pola bitwy: atak od frontu, atak od tyłu i oblężenie.

Atak pośredni — poprzez innych ludzi. To jest najpotajniejszy front, bo przeciwnik nie pokazuje się tu w ogóle. Człowiek, który mówi choremu coś okrutnego, zwykle nie wie, że mówi coś okrutnego z cudzego nadania; jest tylko kanałem. Trudność tego frontu polega na tym, że rana przychodzi od kogoś, kogo się kocha albo od kogo się zależy, i przychodzi w formie, która wygląda jak zwykłe ludzkie zło — nieporozumienie, złość, odrzucenie, kłamstwo. Model każe jednak widzieć głębiej: za niektórymi ciosami, które psychika chorego odbiera nieproporcjonalnie mocno, stoi impuls duchowy. Cios pada z ręki człowieka, ale z Inspiracji kogoś innego. Uzdrowienie tego frontu wymaga więc podwójnej sztuki: przebaczyć człowiekowi i odpędzić tego, kto stał za jego plecami.

Atak bezpośredni — na umysł i psychikę. Tu trzeba rozumieć precyzyjnie, jak precyzuje model: nie chodzi o omamy. Atak bezpośredni nie jest głosem ani wizją; jest to nacisk, myśl włożona, sugestia, nagłe ciemne skojarzenie, skok lęku bez przyczyny. Jest to wszystko, co chorego nachodzi „od środka”, a co w logice modelu nie jest jego. Rozróżnienie to jest praktyczne: wszystko, co jest „moje”, mogę zbadać, nazwać, oswoić; wszystko, co jest „wtłoczone”, trzeba odrzucić, nie negocjować z nim. Największa sztuka chorego polega więc na rozróżnieniu — na odpytywaniu każdej myśli: skąd jesteś?

Atak przez przebicie układu — najbardziej niewidzialny z trzech. Obraz albo emocja odkłada się w pamięci emocjonalnej przez duchowe oddziaływanie podobne do promieniowania, płynące od osób i miejsc będących pod wpływem diabła — mimo że emocje niczego nie rejestrują. Człowiek wchodzi w miejsce, wychodzi z niego, i nie czuje nic; ale w piwnicy przybył nowy skrzynia. To jest front oblężniczy: nie jest głośny, nie boli dziś, boli za lata. Dlatego model, przyjmując go, przyjmuje zarazem konieczność rozeznania — nauczenia się, które miejsca i które towarzystwa „zostawia ślad” — i konieczność ostrożności bez paranoi: chodzi o rozeznanie, nie o ucieczkę od świata.

Rytm wojny

Z trzech frontów wynika rytm: ataki nie są stałe, są falowe. Przeciwnik nie atakuje zawsze wszystkimi trzema środkami naraz — atakuje tam, gdzie mury są dziś najniższe. U chorego w depresji będzie intensyfikował front pośredni i bezpośredni; u chorego w spokoju — będzie pracował cicho przez przebicie układu, zbierając materiał na przyszłą falę. Dlatego czujność nie jest stanem, lecz dyscypliną — jak w każdej straży.

Część IX. Szkoła rozróżniania duchów

Problem kanału

Święci mistycy od wieków stawiali sobie jedno pytanie, które w przypadku schizofrenika staje się pytaniem pierwszym: skąd mam wiedzieć, czy głos, który słyszę, jest od Boga, od diabła, czy jest moją własną myślą? Tradycja nazwała tę praktykę rozeznaniem duchów — i model, z konieczności, czyni z niej centralną sztukę chorego. Bo chory ma kanał, którym mogą płynąć natchnienia Boże — i ten sam kanał jest zajęty przez intruza. Pytanie o rozróżnienie nie jest tu akademickie; jest sprawą bezpieczeństwa.

Model daje do tego narzędzia. Po pierwsze — treść: diabeł wygłasza fałszywe treści teologiczne, prowadzi fałszywe doradztwo, oskarża i grozi; Bóg nie działa tak, działa przez prawdę, pokój i miłość. Po drugie — owoc: głos, po którym zostaje zamęt, lęk, poniżenie bez nadziei, jest podejrzany; głos, po którym zostaje — choćby przez ból — skrucha, pokój i moc, nosi znamiona Boże. Po trzecie — zgodność z depozytariuszem: skoro jedynym depozytariuszem prawdy o Bogu i diable jest Kościół, to żadna treść nie może być przyjęta, jeśli stoi w sprzeczności z jego nauczaniem. To jest w logice modelu próba ostateczna, sąd apelacyjny wszystkich głosów.

Cisza jako broń

Z tego wynika rzecz, która chorego zwykle zaskakuje: nie każdą treść trzeba zbijać. Diabeł jest kłamcą — a kłamstwo żyje tym, że się z nim rozmawia. Model sugeruje tu strategię mistyków: odrzucić, nazwać, iść dalej — nie negocjować. Człowiek, który zaczyna dyskutować z oskarżycielem, przegrywa, choćby argumentował najlepiej, bo sam fakt dyskusji uznaje jego legitymację. Choremu potrzeba więc nie elokwencji, lecz władzy — a tę, w logice modelu, daje nie on sam, ale Ten, kto ma prawo do serca.

Część X. Świętość obłożona

Grzech jako otwarta brama

Model mówi o unikaniu grzechu — i każe to powiedzieć szczególnie o grzechu nieczystości. Dlaczego akurat ten? Bo w logice modelu grzech nie jest tylko złem moralnym — jest kanałem dostępu. Serce duchowe, zajęte przez intruza, jest bronione murami; grzech jest wyrwą w murze, przez którą wraca się to, co było wypędzone, albo napływają nowe ataki. A grzech nieczystości — w mistyce od zawsze uważany za ten, który najbardziej „uzewnętrznia” człowieka i najbardziej odrywa go od wnętrza — jest wyrwą najszerszą: to jest brama, którą przeciwnik wchodzi najchętniej, bo najchętniej przez nią wychodzi człowiek.

Stąd surowość, z jaką model stawia tę sprawę, nie jest purytanizmem, lecz strategią oblężenia. Miasto oblężone zamyka bramy — wszystkie, ale tę najbardziej.

Codzienność jako fundament

I wreszcie trzeba powiedzieć o tym, co w traktatach zwykle pomijane: o codzienności. Droga wyzwolenia — modlitwa, sakramenty, lektura, msze, nabożeństwa, unikanie grzechu — nie jest listą wyczynów, jest dietą. Nikt nie zwycięża bitwy jednym bohaterskim dniem; zwycięża się mnóstwem dni zwykłych. Model, mówiąc o odpieraniu ataków i uwalnianiu pamięci, opisuje proces lat — i to lat, które z zewnątrz wyglądają nijako: człowiek wstaje, modli się, idzie do spowiedzi, czyta, wraca, modli się znowu. To jest właśnie wojna. Jej zwycięstwa nie są spektakularne, bo nie polegają na znokautowaniu przeciwnika, lecz na tym, że piwnica jest dziś odrobinę lżejsza niż rok temu.

Część XI. Łaska wspólnoty

Nikt nie walczy sam

Jedno jednak trzeba wypowiedzieć wprost, by traktat nie zrobił się bolecznie samotny: człowiek w tym modelu nie walczy samotnie. Udział we mszach i nabożeństwach nie jest tylko ” praktyką z listy” — jest wejściem w szereg. Mistyka zawsze była realizowana w Kościele, nie obok niego; święci mieli spowiedników, kierowników duchowych, wspólnoty. Skoro schizofrenia jest w tym modelu mistyką na opak, to i jej leczenie nie może być pustelnią. Wręcz przeciwnie: samotność jest klimatem, w którym intruza działa się najlepiej, wspólnota jest klimatem, w którym działa się najgorzej.

Spowiedź i komunia — dwa sakramenty szczególnie wymienione w modelu — są w tym sensie czymś więcej niż praktykami: są sędzią i pozycją Oblubieńca. Spowiedź to sąd, w którym grzechy zostają odpuszczone i oskarżyciel traci materiał; komunia to przyjęcie Tego, który ma prawo do serca — jedyny „przełom”, który model uznaje, bo jedyny, który jest legalny.

Uwaga o cierpieniu

I jeszcze jedno, ostatnie: model, mówiąc o gniewie na Boga, dotyka sprawy najczulszej — teodycei osobistej, pytania, dlaczego Ten, który jest Miłością, dopuścił na dziecko atak, którego nikomu nie udało się odeprzeć. Traktat nie odpowie na to pytanie, bo w obrębie samych założeń odpowiedź pełna nie istnieje; istnieje tylko odpowiedź cząstkowa, którą daje cała mistyka: cierpienie włączone w drogę ku Bogu nie jest zmarnowane. Człowiek, który uwalnia gniew na Boga — przez zaufanie, nie przez tłumienie — odkrywa, że cierpienie nie zniknęło, ale przestało być materiałem przeciwnika, a stało się materiałem własnym.

Epilog. Mistyk na opak

Zbierzmy obraz. Schizofrenia — w świetle tego modelu — nie jest defektem, lecz odwróconym powołaniem. Jest historią dziecka zranionego w chwili, której nikt nie zapamiętał; historią piwnicy lawinowo wypełnianej obrazami, których nikt nie położył; historią wtargnięcia, które nastąpiło po cichu, po przekroczeniu masy krytycznej; historią głosów o treści fałszywej, ale formie duchowej; historią gniewu na czterech piętrach; historią nocy, która kopiuje mistyczną ciemną noc, ale jest kierowana przez wroga.

I jest zarazem historią daru. Bo skoro wszystko w tym obrazie jest kopią mistyki — głosy są kopią natchnień, wizje kopią widzeń, wtargnięcie kopią zrodzenia Boga, przeklęta noc kopią ciemnej nocy — to znaczy, że organizm, w którym te kopie powstały, jest organizmem mistyka. Kopia może powstać tylko tam, gdzie jest oryginał. Zdolność do kontemplacji Boga, do odbierania Jego głosów i wizji, nie jest w chorym zniszczona — jest zajęta. A to, co zajęte, można wyzwolić.

Droga jest długa, nieprzyjemna i prowadzi przez znane od wieków praktyki. Ale ma jeden cel, wspólny z celem mistyka: kontemplację Boga. Traktat kończy więc tam, gdzie zaczynała mistyka: zdumieniem, że ten sam serdeczny organ, w którym rodzi się Bóg, mógł stać się miejscem bitwy — i nadzieją, że bitwa ta jest wywinięta ku zwycięstwu, bo ostateczne prawo do serca należy nie do złodzieja, lecz do Oblubieńca.


Nota końcowa: powyższy traktat jest eksperymentem myślowym. Rozwija przyjęte założenia mistyczno-demonologiczne konsekwentnie i wyłącznie w ich obrębie, bez rozstrzygania o ich prawdziwości. Nie stanowi ani opisu medycznego, ani porady terapeutycznej ani nauczania kościelnego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *